13 października 2018

Od Galii CD Lucia

Obecność Lucia z pewnością nie była czymś, czego spodziewałam się po dłuższym czasie wyłączenia z życia codziennego, mało tego,
ja nawet nie chciałam go spotkać choćby przypadkiem. Przypominał mi o dwóch dzieciakach rozwijających się we mnie, których nie kochałam i ich nie chciałam chyba jeszcze bardziej, niż Lucia. Co niby miałam mu powiedzieć?

Hej, wiem że to nie ma prawa się udać, ale będziemy mieć dwójkę dzieci i zobaczysz, że w końcu stworzymy kochającą się rodzinkę!

Choćbym nawet chciała, to oprócz warunków mieszkaniowych i jakiegoś wykształcenia, to nie będę w stanie zapewnić im niczego poza tym, wiedziałam, że nie będę dobrą matką. Kiedyś, gdy koleżanka z podstawówki, za życia poza wyspą, wręczyła mi rybkę na tydzień, to spuściłam ją w kiblu i powiedziałam, że zjadł ją kot. Płakała miesiąc i chyba do dzisiaj mnie nienawidzi, pewnie cieszy się, że zniknęłam bez śladu.
Porównując rybkę do dzieci, wspólną cechą bez wątpienia jest obowiązek, jakim obarczają mnie oba gatunki. To jest problem, a ja problemy najczęściej usuwam. Cóż, że też nie można spuścić dzieci w toalecie.

– Co mam ci powiedzieć? Doskonale wiesz, że ani ja, ani ty nie będziemy dobrymi rodzicami. W ogóle, nie będzie żadnych nas, lepiej żebyś po prostu zapomniał o mnie i tym czymś we mnie, zniknij, cokolwiek, nawet nie widzę sensu w obarczaniu cię winą, chociaż wiadomo, że wiatropylna nie jestem – warknęłam, patrząc na niego spod byka i o ile na ogół nie można było wyczytać z mojego oblicza jakichkolwiek emocji, tak teraz moje błękitne oczy zionęły czystym gniewem i nienawiścią, skierowaną do sama nie wiem kogo: Lucia, dzieci, a może mnie? Że też nie zginęły w tym wypadku. - może w ogóle zrzuć mnie ze schodów, jak krzyknę to będzie wtedy pewność, że nie żyją – zironizowałam, gestykulując.

– Nie żyją? – spytał głupio, oddychając głęboko. Był dziwnie spokojny i zamyślony, przez większość mojego gorącego monologu miał wzrok uparcie wbity w drewaniane panele podłogowe, co niesamowicie mnie denerwowało, a właściwie to moje hormony, a to dopiero drugi miesiąc.

– Tak, bo to cholerne bliźniaki – założyłam ręce na piersi, patrząc na niego wyczekująco, jednak ten się nie odezwał. – już wiesz to, co powinieneś, więc możesz iść, najlepiej to po tabletki poronne. Aha! – krzyknęłam. – jesteśmy na wyspie. Jeszcze takich nie wymyślili – nigdy wcześniej nie odczuwałam podobnej złości i nienawiści, wszystkie zdarzenia skumulowane wcześniej we mnie wreszcie znalazły ujście, a ja praktycznie czułam każdy pojedynczy, naelektryzowany włos na mojej głowie. Stojąc tak, Lucio w końcu się odezwał, no bo kto by pomyślał, że mogło mu zabraknąć języka w gębie.

Lucio?

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz