26 sierpnia 2018

Od Anayi do samotnika (skażone ziemie)

Złowieszczy, wściekły ryk przerwał martwą ciszę. Po nim odezwały się kolejne, jeszcze bardziej nieludzkie niż ten poprzedni. Siedziałam cicho w skrzyni, a moje serce biło tak szybko, że miałam wrażenie, jakby zaraz miało mi wyskoczyć z piersi. Słyszałam dookoła trzask łamanych desek i kolejne przerażające ryki mutantów powoli wydostających się na zewnątrz. Słyszałam odgłosy walki i jak wokół toczy się wojna pomiędzy właśnie uwolnionymi mutantami. Zachowywali się nie jak ludzie, tylko wygłodniałe, wściekłe zwierzęta, jakby zatracili całe swoje człowieczeństwo, a jedyne co im zostało to wola przetrwania i chęć mordu.
Nagle coś z wielkim hukiem upadło na moją skrzynię, łamiąc przy okazji deski i przygniatając mnie swoim ciężarem. Rozpaczliwie próbowałam się wydostać, ale nie miałam siły podnieść leżącego na mnie osobnika. Czułam, jak ogromny ciężar napiera na mnie, zgniatając mi płuca, a przez to nie mogłam nabrać tchu. Na całe szczęście ogromny mężczyzna po chwili podniósł się mimo ogromnej rany na brzuchu i nie zwracając na mnie najmniejszej uwagi, pobiegł oddać cios swojemu oprawcy.
Byłam wreszcie wolna, ale nie miałam już schronienia i musiałam jak najszybciej znaleźć jakąś kryjówkę. Przemknęłam prawie niezauważenie przez pole bitwy i schroniłam się w gęstych krzakach. Spojrzałam w niebo. Ostatni helikopter odlatywał razem z naukowcami, pozostawiając mutantów samych sobie.
Nagle poczułam gorący oddech na moim ciele, więc natychmiast się obróciłam. Byłam teraz twarzą w twarz z bestią, która pokazała szereg biały, ostrych jak brzytwa zębów.

Obudziłam się cała zalana potem. Chwilę mi zajęło, zanim zorientowałam się, że to był tylko sen, Okropny koszmar, który przypomniał mi o dniu, w którym trafiłam na wyspę. Uspokoiłam oddech oraz kołaczące w piersi serce i spróbowałam ponownie zasnąć, jednak moja głowa wypełniła się strasznymi wspomnieniami i nie potrafiłam ponownie zapaść w sen. Przewracałam się z boku na bok, aż za oknem pojawiły się pierwsze promienie słońca. Wstałam ledwie przytomna po nieprzespanej nocy i zorientowałam się, że nie mam żadnych zapasów jedzenia. Złożyłam na głowę czapkę, pod którą ukryłam lisie uszy oraz płaszcz zakrywający kępki rudej sierści na mojej skórze i ruszyłam w stronę Głównego Rynku.
Nie lubiłam wychodzić ze swojego domu, jedynego miejsca, w którym czułam się bezpiecznie. Za każdym razem, kiedy opuszczałam go i udawałam się w miejsce, gdzie jest dużo osadników, czułam ogromny strach, a wręcz panikę. Bałam się, że w końcu ludzie się zorientują, że nie jestem zwykłym kotołakiem, tylko przybyłam na wyspę o wiele później, razem z tymi, których już nie można było nazwać ludźmi. Nie wiem, co by wtedy zrobili... pewnie wsadziliby mnie do lochu, albo nawet zabili. Z drugiej strony, wiedziałam, że będąc poza granicami wioski, pozostawiona na pastwę samotników nie przeżyłabym nawet jednego dnia. Nie miałam wyboru, musiałam na razie tutaj być i mieć nadzieję, że nikt nie odkryje, kim naprawdę jestem.
Idąc środkiem rynku, przyglądałam się rozmawiającym ze sobą osadnikom. Również chciałam nawiązać z kimś znajomości, czułam się tutaj strasznie samotna, nie mając się do kogo odezwać, jednak to było za duże ryzyko...
Weszłam do jednego ze sklepów z żywnością i poprosiłam o bochenek chleba oraz parę warzyw i owoców. Oprócz mnie i sprzedawczyni nie było w sklepie nikogo. Była bardzo wczesna pora i większość osadników pewnie jeszcze spała.
Kobieta powoli nakładał zamówione przeze mnie produkty do wiklinowego kosza, z którym przyszłam. Nagle jednak zorientowałam się, że coś jest nie tak. Poczułam straszny ból w całym ciele, który zamiast przechodzić, cały czas się nasilał. Zamknęłam oczy i oparłam się o drewnianą ścianę sklepu. Gdy ból już trochę ustąpił, otworzyłam oczy i odetchnęłam z ulgą. Spojrzałam na sprzedawczynię, która patrzyła na mnie teraz przerażonym wzorkiem. Spojrzałam na siebie: moje ciało pokrywało rude, gęste futro, a z tyłu ciała wyrósł mi ogromny, puszysty ogon. Zanim zdarzyłam cokolwiek zrobić, ogromny ból powrócił i powoli wróciłam do swojej ludzkiej postaci.
Sprzedawczyni miała wzrok, jakby chciała właśnie stąd uciec. Nie zastanawiając się, rzuciłam pieniądze na ladę, wzięłam szybko kosz z jedzeniem i wybiegłam ze sklepu.
Kiedy dotarłam do domu, zatrzasnęłam drzwi i zamknęłam je na wszelkie możliwe spusty. Siedziałam na małym stołku, patrząc głucho w ścianę i czekałam, aż przyjdą po mnie strażnicy, aby mnie aresztować. Jednak nic takiego się nie stało... Kiedy minęła trzecia noc, a nikt nie zapukał do moich drzwi, uświadomiłam sobie, że kobieta nikomu nie powiedziała, o tym, co zaszło, pewnie była zbyt przerażona, żeby to zrobić. Miałam wielkie szczęście, ale wiedziałam, że nie mogę tak dalej żyć. Osadnicy wkrótce się zorientują, a było to tylko kwestią czasu.
Spakowałam swoje wszystkie rzeczy i kupiłam trochę jedzenia z zamiarem opuszczenia wioski podczas nocy, tak aby żaden ze strażników mnie nie zauważył.
Kiedy wychodziłam z mojej chatki, do której już nigdy nie miałam wrócić, zauważyłam list rzucony na próg. Nigdy wcześniej nie dostałam, żadnego listu, więc zaciekawiona zawróciłam i weszłam z powrotem do środka. Przy zapalonych świecach ostrym nożem rozdarłam kopertę i spojrzałam na jej zawartość.
Był to list informujący o śmierci starego latarnika, który został zamordowany przez grupę samotników. Było tam też napisane, że jest poszukiwana jakaś osoba na to stanowisko.
Kiedy skończyłam czytać, podeszłam do okna i spojrzałam na las, z którego w oddali wyłaniała się ogromna latarnia. A gdyby tak... czemu by nie spróbować? Na pewno jest to lepsze niż wędrowanie samotnie po lesie pełnym niebezpieczeństw, a tam przynajmniej będę mieć dach na głową i co najważniejsze nikt się nie dowie, kim naprawdę jestem. Mieszkając w latarni, będę mogła ograniczyć kontakty z osadnikami do całkowitego minimum.

Z rana poszłam do Rady Głównej w sprawie stanowiska. Dyktatorka patrzyła na mnie powątpiewającym wzrokiem:
- Naprawdę, myślisz, że się tam nadajesz? - Spytała, podnosząc wysoko jedną brew. - Nie wyglądasz mi na taką, która poradziłaby sobie z atakami samotników, a musisz być świadoma, że jest ich tam pełno i jest to bardzo odpowiedzialna praca.
- Wiem, zdaję sobie z tego spraw, ale myślę, że sobie poradzę - powiedziałam, starając się, żeby mój głos brzmiał pewnie.
Dyktatorka spojrzała na mnie dziwnym wzorkiem.
- No niech ci będzie... i tak na razie nie mamy nikogo chętnego na to stanowisko, ale wiedz, że jak znajdę kogokolwiek lepszego od Ciebie, a wierz mi, że to nie będzie trudne, wrócisz do wioski. Spakuj się, jutro wyruszysz do latarni. - Powiedziała, wręczając mi dwa klucze i wróciła do papierkowej roboty.
- Dziękuje - odezwałam się i wyszłam z budynku. Odetchnęłam z ulgą, a więc jednak się udało...

Droga do latarni była długa i ciężka, jednak był dzień i na szczęście nie natknęłam się po drodze na żadnych samotników. Kiedy dotarłam wreszcie do starego budynku, ujrzałam coś, co mnie bardzo zaniepokoiło. Drzwi do latarni oraz do domku stojącego obok były otwarte na oścież. Spojrzałam na klucze, które trzymałam w ręce, przecież drzwi powinny być zamknięte... Czyli nie jestem tu sama...
Ostrożnie podeszłam do budynku, trzymając w ręce nożyk, który był jak na razie moją jedyną bronią. Ze środka dało się słyszeć dźwięki przewracanych rzeczy oraz mebli. Miałam nieodpartą chęć wrócenia do wioski i coraz bardziej żałowałam, że podjęłam taką, a nie inną decyzję.
Wtedy ze środka chatki wyłonił się samotnik.

Samotniku?

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz