23 sierpnia 2018

Od Julesa CD Harry

Całkowicie nie wiedziałem o co chodziło tej niedoszłej uzdrowicielce, bo co z niej za medyczka, jak sama też jest umierająca. Znaczy, teraz już nie jest, ale wcześniej myślałem, że wykituje w niedługim czasie. Swoją drogą, mógłbym tu zamieszkać, całkiem tu przytulnie, na dodatek pełno tu nieznajomych dla mnie przyrządów, które mogłyby zostać przeze mnie wykorzystane, niekoniecznie do leczenia ludzi. W mojej skromnej chatce, mieszczącej się trochę poza lasem, nie mam takich zabaweczek, a szkoda. Jedyne co tam jest, to spleśniałe siano zupełnie nie nadające się do zjedzenia (chociaż i tak bym tego nie ruszył, ale na czymś spać muszę), a z racji, że to opuszczona stajnia, to i śmierdzi w niej gównami, które kiedyś tam były. Znaczy, tak sobie tłumaczę, gdy trzeba iść do domu Galii na jedzenie. Tym razem mi się poszczęściło i niczym tu nie śmierdzi, pewnie także nic nie jest spleśniałe i brudne, a w powietrzu unosi się całkiem miły zapach lekarstw, choć ich nie lubię. Nie wiem, co za specyfiki tu trzymają i nie chcę wiedzieć, chyba że to ja miałbym je komuś podać, to wtedy mogłoby być ciekawie.

Aktualnie byłem przytwierdzony do ściany i chociaż mi to niespecjalnie przeszkadzało, to coś natrętnie uwierało mnie w plecy, wwiercając się w nie. Kręciłem się ze znudzeniem, patrząc na długą kończynę dziewczyny, która trochę odbierała jej gracji, czyniąc ją niesymetryczną i dziwną, ale gdyby każdy na tej wyspie był tak dziwny, jak ona, to bylibyśmy prawie zupełnie normalni. Nie wiem, czy trzymanie mnie w tej pozie, w której się znajdowałem, było celowym zabiegiem, ale mogłaby mnie już puścić, gdyż ręka zaczęła mi niemiłosiernie drętwieć. Jak na przekór losowi, akurat w tym momencie usłyszałem pukanie do tej drewnianej, rozpadającej się powłoki zwanej drzwiami. Tak, to była jedyna popsuta rzecz tutaj, ale moja głowa w tym, że jakbym tu zamieszkał, zostałyby naprawione. Niekoniecznie przeze mnie. Drzwi się otworzyły, a ja pierwsze co zobaczyłem, to znajomą mi, czarną, powiewającą wiecznie pelerynę Galii.

– Cześć siostrzyczko, co cię tu sprowadza? – uśmiechnąłem się pewnie.

– Widzę, że jesteś już całkowicie zdrowy – uniosła brwi, patrząc ze zdziwieniem na pozycję, w której się znalazłem.

– To niefortunny wypadek przy pracy, wiesz jak jest – niedbale machnąłem ręką, udając, że wcale nie jest mi niewygodnie. – Gdyby ktoś inny tu wlazł, nie byłoby tak przyjemnie, więc zamknij drzwi, poza tym, przeciąg mi robisz i Zielonka zachoruje – dodałem po chwili, czując coraz lżejszy uścisk dziewczyny. Albo drzewa, nie wiem co tym czymś sterowało. W sensie, mówiąc "to coś", miałem na myśli oczywiście jej kończynę, bo to była jedyna dziwna w niej rzecz, a tak to była całkiem ładna.

– O, to już się przyjaźnicie? Rozumiem, to może powiesz mi, co jest twojej Zielonce zanim sobie stąd pójdę zostawiając was na wzajemne pożarcie? – zironizowała, zakładając ręce na piersi, roztaczając dookoła nieprzyjemną aurę, która dotychczas nie była odczuwalna, a przynajmniej nie aż tak. Już miałem się odezwać, gdy wyprzedziła mnie z tym dziewczyna, jednocześnie mnie uwalniając - kiedy ona mówiła, ja począłem rozmasowywać szyję i kończyny.

Harry?

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz