19 sierpnia 2018

Od Aven do Galii

Wszystko działo się tak szybko... Nie byliśmy przygotowani na walkę z tak silnym potworem. Zachowywał się, jakby nie znał bólu i nie tolerował porażki. Oślepienie jedynie rozwścieczyło gada i skłoniło do szarżowania na oślep. Dziewczyna, którą chciałam uratować nie miała ani czasu ani szans na ucieczkę. Gdybym nie chciała wyciągać jej z pokoju na piętrze była by bezpieczna, najwyżej przeziębiłaby się przez krople z osmalonego, kapiącego dachu.
DRASTYCZNE
Stałam jak spetryfikowana patrząc na rozdzierającego wnętrzności nowoprzybyłej smoka, gdy jeden ze strażników naskoczył na pochylone plugawe stworzenie, wbijając dwa długie ostrza w grzbiet po bokach jego kręgosłupa i dzięki momentowi zapewnionemu przez ciężar swojego ciała zsunął się w dół rozpruwając potwora, który runął na ziemię z ciężkim łoskotem. Głowa dziewczyny opadła bez życia przechylona w bok, zastygła w przerażonym grymasie.
KONIEC DRASTYCZNEGO
Akurat spadały ostatnie krople deszczu, gdy oszalały zastygał w bezruchu i mieszkańcy zaczynali powoli wychodzić ze swoich kryjówek zbierając się w około upadłego gada i nieboszczki. Jej śmierć dała obrońcom szansę na wykończenie stwora i dzięki temu nie zginął nikt inny. Pewnie, kilku ludzi będzie nosić ślady szponów tu czy tam, jednak nikt nie oberwał tak, by uzdrowiciele i medycy nie mogli tego naprawić, głównie dzięki koordynacji strażników. Rozganiali oni właśnie gapiów, a przynajmniej tych którzy w żaden sposób nie mogli pomóc posprzątać miejsce ataku. Podeszłam do ciała i zamknęłam powieki jej oczu, pochodzących powoli bielmem śmierci.
Przypomniałam sobie o książce, której tak kurczowo trzymała się dziewczyna. Po rozglądnięciu się znalazłam ją w trawie, ochlapaną krwią. Przetarłam twardą skórzaną okładkę ścierając część pokrywającej ją posoki i dotykając symbolu, który wydawał się ciepły w dotyku. Ku mojemu zdziwieniu czerwień zaczęła powoli wsiąkać i znikać. To nie mogła być zwyczajna książka, mimo deszczu nie byłą nawet zamoczona, trzeba było więc oddać ją w ręce zarządu wioski. Jeden strażnik, z miną znudzonego policjanta nabazgrał na kawałku wyrobionego papieru istotniejsze rzeczy z tego co miałam do powiedzenia i puścił mnie wolno. Na pytanie gdzie zwrócić książkę spojrzał na mnie jak na dziecko, mruknął coś niezrozumiałego pod nosem i pokazał kciukiem przez ramię kierunek.
Nie raz obiło mi się o uszy o jednej z tegomiesięcznych dyktatorek wioski, która ponoć była nie dość, że odludkiem to i żniwiarzem i jeśli wierzyć plotkom zabijała siłą woli, gdy jej wzrok nie wystarczał. Po drodze zaczęłam wątpić w poradę strażnika gdy przechodziłam obok ostatnich chat a las stawał się gęściejszy, jednak mając jeszcze dużo czasu przed zachodem słońca postanowiłam spróbować. W miarę poruszania się zaczęłam coraz bardziej się bać. Niby jeszcze teren wioski, niby cisza i spokój, jednak coś powodowało u mnie ciarki pojawiające się na plecach i to takie, że aż chciało by się obsypać liśćmi i schować w drzewie. Może te plotki jednak były prawdziwe? W końcu dojrzałam domek otoczony przywiędniętymi kwiatami, które tylko dodawały mu upiorności. Miałam tylko oddać książkę, jednak czułam się jakbym co najmniej szła na rozmowę kwalifikacyjną. Stanęłam przed drzwiami, ścisnęłam mocniej księgę w dłonie i zapukałam do drzwi. Przez chwilę myślałam że nikogo nie ma w domu, jednak moment później usłyszałam szuranie.
Galia?

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz