13 sierpnia 2018

Od Julesa do Harry

Życie na własną rękę, choć cieszyło, to bywało niebezpieczne. Przez pierwsze dni na wyspie, przyzwyczajenie się do tego, było ciężkie. Budziłem się w środku nocy, spałem pod gwiazdami, zwierzyna mi uciekała między palcami i niekiedy przymierałem z głodu. Wraz z biegiem czasu, wszystko zaczęło się robić prostsze, czasem pomagała mi w tym wszystkim moja młodsza siostra, dzięki której dalej jestem tu, gdzie jestem, nie oszalałem i jestem w pełni sił. Mieszkała w osadzie, bo tam czuła się bezpieczniej i myślę, że za nic nie chciałaby pozostać sama. Ja na odwrót. Jak na początku bałem się każdego najmniejszego szelestu, tak teraz, słysząc coś, czułem się dobrze i jak w domu. W końcu. A musicie wiedzieć, że zadomowienie się tutaj, jest trudne. Często przemykałem uliczkami osady, mimo że nienawidziłem tych ludzi, to po części wykorzystując posadę Galii, miałem tutaj wstęp. Inaczej, gdyby to nie ona była strażniczką, nie wpuszczono by mnie tu, a zabito, a z reguły miałem pokojowe nastawienie, a raczej neutralne. W obowiązku Galii leżało wylegitymowanie każdego, kto przekracza granicę lasu - nieważne, czy idzie poza nie, czy wchodzi do osady - musi zostać spisany. Ja miałem takie szczęście, że posiadałem w miarę fałszywy dowód (z którego jednak nie korzystałem, bo po prostu za szybko szło się zorientować, że w świetle prawa po prostu dla wioski nie istnieję), więc i nigdy nie przyznawałem się kim jestem. Potencjalnych świadków ogłuszałem, a następnie uciekałem, gdyż tak było prościej. Nie chciałem, aby zaczęły się polowania na moją osobę oraz nie chciałem, aby mnie zabito - nigdy nie zostawiłbym mojej siostry, która, choć wkurzająca, to rodzina.

Tego akurat dnia, gdy obudziłem się w środku nocy, czując innego "człowieka" działającego na własną rękę, wstałem i udałem się za zapachem w miarę smakowitej krwi, bo w końcu co się nie ma to się lubi co się ma. Z taką myślą powędrowałem za drzewo, przypatrując się nieznajomej, ciężkiej, męskiej sylwetce. Nie wiedziałem kim jest, bo zupełnie było mi to niepotrzebne, ja nie miałem w obowiązku wylegitymować moich ofiar. Podszedłem do niego od tyłu, korzystając z tego, że był czymś tak zajęty, że prawdopodobnie mnie nie słyszał. W mgnieniu oka założyłem dźwignię, następnie wgryzając się w jego tętnicę na nadgarstku, bo akurat to miałem pod ręką. Szamotał się, więc zablokowałem jego ruchy chwytając za szyję, a on nagle uwolnił drugą rękę i odepchnął mnie. Na początku myślałem, że po prostu zwieje, zakręciło mi się w głowie, gdyż za szybko mnie od siebie oderwał, byłem zamroczony jego smakiem krwi. Pod wpływem adrenaliny nic nie czułem, kiedy z całej siły wbił ostrze ponad biodrem, całkowicie na ślepo. Potem uciekł. Upadłem, czując coraz bardziej doskwierający ból, jednocześnie uciskając mocno ranę, bo wiedziałem, że właśnie to powinno się robić. Chyba. Miałem szczęście, że byłem dosłownie przy granicy - ostatkiem sił doczołgałem się do chatki Galii, mocno waląc w drzwi. Pewnie nie spała, rzadko kiedy śpi w nocy - raczej odsypia to nad ranem. Otworzyła je, zirytowana, ale kiedy zobaczyła mnie, leżącego, złapała się za głowę, pomagając mi. Obwiązała mi ranę szmatą, mocno ją zaciskając, a następnie osiodłała konia i posadziła mnie na nim, a raczej sam się posadziłem, bo ona była na to zbyt słaba. Czasami mnie tym denerwowała. Sama siadła z przodu, ruszając galopem, bo ten nie wybijał, gdy poprawnie się siedziało - co innego kłus, w którym to prawdopodobnie moja rana by się powiększyła dwukrotnie. Albo trzykrotnie.
Zamroczony tym razem bólem, a nie krwią, oddychałem ciężko, gdy zwlekła mnie zza siodła i zastukała do drzwi doszczętnie zarośniętego domu, ale nadal bardziej zadbanego, niż jej. Kiedy nikt nie otworzył, zaczęła walić pięścią, jak ja przedtem, chcąc się do niej dostać. Po chwili otworzyła jakaś młoda dziewczyna, ale nie miałem czasu, żeby się nią pozachwycać. Dodatkowo, nie wiem, czy było czym, bo przez mroczki niewiele widziałem.

– Masz pacjenta. To mój brat i uwierz mi, nie chcę ci grozić, więc po dobroci po prostu mu pomóż, zamiast sprawdzać tożsamość – powiedziała Galia drżącym głosem, po czym wróciła na konia. – wrócę tu jutro sprawdzić jak się czujesz, a ty, Harriet, lepiej żebyś go nie wydała – zmierzyła ją wzrokiem, a ja zaśmiałem się cynicznie, patrząc na siostrę. Kiedy odjechała, zostałem sam z dziewczyną.

– To co? Masz ochotę na małą zabawę?  – podniosłem prowokacyjnie brwi, wskazując palcem na ranę. Cholernie bolącą ranę.

Harry?

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz