22 sierpnia 2018

Od Lucan'a do Harry

Siedziałem na piasku, przyglądając się falom, które z każdą kolejną chwilą, zalewały coraz to większą część brzegu, sygnalizując, że zbliża się przypływ. Raz na jakiś czas większa fala, z charakterystycznym hukiem uderzała w wystający fragment klifu, jakby starając się go złamać i zabrać ze sobą głęboko, w zdradziecką toń. Wiał zimny, porywisty wiatr, który drażnił moją skórę. Roznosił on słony zapach oceanu, oraz przynosił ze sobą woń przyszłego sztormu. Wdychałem głęboko do płuc oceaniczne powietrze, ciesząc się chwilą. Nagle noc przeciął chwilowy rozbłysk światła. Srebrna pajęczyna elektryczności przecięło niebo na wskroś, jednym ze swoich końców uderzając w szczyt góry. Uśmiechnąłem się szeroko, przyglądając się temu zjawisku. Obserwowanie burzy od zawsze dawało mi satysfakcję. Ten niemożliwe do okiełznania przez człowieka zjawisko, było dla mnie czymś fascynującym, czymś co przywracało mi chęć do życia, szczególnie po tym jak uległem wypadkowi. Siła destrukcji jaką niósł ze sobą sztorm była czymś wspaniałym. Kolejna błyskawica odbiła się w moich oczach. Wiatr zerwał się ze wszystkich stron i szarpał moim ubraniem, oraz włosami, które teraz okalały całą moją twarz. Przyglądałem się jeszcze chwilę oceanowi, który stawał się co raz bardziej burzliwy. Dopiero, gdy słona woda zmoczyła moje nagie stopy, a stałem spory kawałek od brzegu, postanowiłem udać się w bezpieczniejsze miejsce. Swoje kroki skierowałem do lasu, lecz kiedy odwróciłem się aby nacieszyć oczy po raz ostatni, wiedziałem, że za niedługi czas lunie deszcz, i nigdzie nie będzie bezpiecznie. Głośny grzmot rozgonił ptaki z lasu, które uniosły się w górę rwąc się do ucieczki. Wsunąłem stopy w buty, po czym zawiązałem sznurówki na perfekcyjne kokardki. Robiło się zimno, co wiązało się z tym, że będę zmuszony do wykombinowania sobie cieplejszych ubrań, a noszenie skór ze zwierząt gigantów, jakoś było mi nie w smak i choć nienawidziłem kraść, nic innego jak słowo „wioska” nie przychodziło mi do głowy. Pierwej jednak skierowałem kroki do swojej kryjówki, jednak żeby dotrzeć tam przed deszczem, musiałem ostro zagęścić ruchy. Ruszyłem truchtem na wskroś lasu, dobrze wiedząc gdzie się kierować. Świadomość, że znam wyspę na pamięć, oraz wiem którymi ścieżkami trafię najszybciej w obrane za cel miejsca, sprawiała mi satysfakcję i wydzielała dzikie endorfiny. Uskoczyłem nad powalonym drzewem i zatrzymałem się. Stanąłem jak wryty, zaciągając się słodkim unoszącym się w powietrzu zapachem. Przymknąłem oczy, próbując dociec skąd wydobywał się ów zapach. Kilka metrów dalej, w wyżłobionym pniu wiekowego drzewa spał jakiś człowiek, którego jeszcze nigdy na wyspie nie spotkałem. Zbliżyłem się powoli i cicho, starając się nie nastąpić na żadną gałązkę, która mogłaby mnie zdradzić, a co gorsza obudzić śpiocha. Będąc niecałe dwa metry przed nim mogłem mu się dokładniej przyjrzeć. Przez długie włosy, okalające delikatną, owalną twarz, dałbym sobie uciąć rękę, że niemiał więcej niż osiemnaście lat. Obejrzałem go dokładnie, próbując znaleźć na jego ciele ranę, która tak bardzo kusiła moje zmysły. Kiedy zbliżyłem się o kolejny metr chłopak poderwał się gwałtownie, głową uderzając o kawał drewna nad nim. Skulił się a jego ręka powędrowała w kierunku głowy. Spoglądnął na mnie zmieszany, próbując sprawić by jego wzrok stał się groźny.

- Krwawisz. – mruknąłem, cofając się o dwa kroki. Powoli wyprostowałem plecy oczywiście jak to zwykle bywało w akompaniamencie strzelających kręgów. – Poza tym idzie burza, a to nie najlepsza kryjówka. Zrób coś z tym i schowaj się, za chwilę może zjawić się ktoś skuszony tym zapachem, ale nie tak miły jak ja. – skinąłem na jego łydkę porozumiewawczo. Mężczyzna również spojrzał w to miejsce po czym szybko pokiwał głową. Rana nie była duża, ale zapach krwi unosił się w powietrzu bardzo mocno drażniąc moje nozdrza. No, to na tyle było z mojej dobroci serca, pozostawiłem nieznajomego i ruszyłem dalej, kierując się do swojego lokum. Do podnóża gór dotarłem perfekcyjnie z deszczem. Ukryłem się w swojej krypcie, niemalże natychmiast przebierając się w suche ubrania. Chmury do końca zasłoniły miesiąc, który tego wieczoru lśnił tylko połowicznie. Panująca wszędzie wokół woń burzy mieszała mi w głowie, miksując ze sobą wszystkie zapachy z kilku mil. Narastające pieczenie w krtani rozeźliło mnie. Wiedziałem, że w taką pogodę w lesie i okolicach niczego sobie nie znajdę. Zwierzyna ukrywała się i uciekała w tereny suche, gdzie ja nie miałem ochoty się zapuszczać. Zostało mi tylko jedno – osada.  Niegłupia myśl, szczególnie, że miałem w planach się tam udać w przeciągu kilku dni. Rozejrzałem się po pieczarze, zastanawiając się, czy niczego nie potrzebuje, a już po chwili wyszedłem na zewnątrz. Zimne krople jesiennego deszczu obijały się o moją skórę, powodując na niej gęsią skórkę. Mimo tego, że nie odczuwałem już zimna tak jak kiedyś, mokre ciało i lepkie od deszczu, zimne ubrania dawały mi uczucie dyskomfortu. W tę pogodę przemknięcie przez prowizoryczne mury osady nie było trudne, jednakże wystarczyła chwila nieuwagi, abym rozciął sobie skórę nieco ponad prawym biodrem, zahaczając o zaostrzony koniec palisady. Umorusany w błocie i całe przemoczony przemykałem z cienia do cienia, poszukując potencjalnej ofiary. W wiosce panowała cisza, przerywana odgłosami ulewy, oraz grzmotami. Strażnicy poruszali się w tę i we w tę wzdłuż granicy, co tylko ułatwiało mi zadanie. Wyszukiwałem hałasu, domku, w którym nie wszyscy jeszcze zapadli w sen. Zdecydowanie wolałem tuż przed posiłkiem uświadomić ofiarę, że jej żywot za chwilę dobiegnie końca, niźli zabijać ją bezbronną we śnie, tak czynią tylko słabi. Przytrzymałem się przy chacie, która przyciągnęła moje zainteresowanie. Wysoko ponad dach domku, wystawało drzewo o gęstym ulistwieniu. Kołysało się na boki, poruszane przez dziki wiatr, a wraz z nim lekko poruszała się cała chatka, przyjemnie skrzypiąc. Ciekawe, jaki as inżynierii wpadł na pomysł, aby budować lokum wokół wielkiego drzewa. Już miałem odchodzić w dalsze poszukiwanie, gdy nagle usłyszałem dźwięk bitego szkła, dochodzący właśnie z ów chaty. Zastrzygłem uszami unosząc delikatnie kąciki ust. A więc domownik nie spał, co dawało mi idealną okazję na kolację. Powoli podszedłem do drzwi domku, po czym przyłożyłem do nich ucho, próbując ustalić co wyprawia moja potencjalnie przyszła ofiara. Szczerze powiedziawszy, spodziewałem się usłyszeć jakieś przekleństwa, zwłaszcza, że coś przed chwilą roztrzaskało się w tej chacie w drobny mak. Zamiast tego do moich uszy doszło dziwne stękanie, oraz ciche, stłumione jęki, oraz powarkiwanie. W pierwszej chwili pomyślałem, że zastałem kogoś podczas zwyczajnych nocnych zabaw, i w sumie wszystko było mi jedno, jeżeli tak właśnie by było, najadłbym się na co najmniej trzy dni. Z chwilą pchnąłem za klamkę drzwi, wolno zaglądając do środka. Wewnątrz jednak nie spotkałem pary kochanków, miast tego moim oczom ukazała się dwójka ludzi. Dziewczyna, a raczej dziecko o blado-sinym kolorze skóry, klęczało na ziemi, z jedną ręką wyciągniętą do ogromnego drzewa, usilnie próbując złapać oddech. Nad nią stał o wiele większy, i groźniej wyglądający osobnik. Oplótłszy coś na wzór garoty wokół jej szyi, ciągnął do tyłu, odbierając dziewczynie jakiekolwiek szanse na zaczerpnięte tlenu. Nie wiem, czemu odezwał się we mnie bohater, ale w mgnieniu oka złapałem za stojące obok krzesło i z impetem uderzyłem w głowę napastnika posyłając go na podłogę. Prowizoryczne, drewniane krzesełko rozpadło się na kawałki. Usłyszałem dźwięk gwałtownie nabieranego powietrza, oraz suchy kaszel, co przyniosło mi pewnego rodzaju ulgę. Spojrzałem w tym kierunku. Dostrzegłem malutką istotę, która teraz przytulała się do drzewa jakby to była jej ostatnia deska ratunku. Wtem moje ciało przeszył ból. Wzdrygnąłem się i skrzywiłem w grymasie, gdy zorientowałem się do czego tak naprawdę doszło. Lewe udo pulsowało, przyprawiając moje ciało o drgawki. Stanąłem na palcach chcąc odciążyć nogę. Wzrokiem odszukałem intruza, który przeczołgał się niemal do samych drzwi. Doskoczyłem do niego w moment, po czym mocno ująłem go za ramiona i uniosłem do góry. Gdy stanął na nogi nie czekałem długo. Łapiąc go za kark przyciągnąłem blisko i utopiłem zęby w jego skórze, drugą ręką zasłaniając mu usta, uniemożliwiając mu zaalarmowanie kogokolwiek przez krzyk. Połykałem posokę haustami, doprowadzając się do ekstazy. Była taka gorzka a zarazem słodka, że nie potrafiłem się opamiętać. Z chwili na chwilę było dla mnie za mało, wgryzałem się coraz dalej, szarpiąc zębami coraz to większą połać jego skóry. Dotarłem do krtani, przełyku, twardej kości. Gorąca ciecz spływała po mojej brodzie, brudząc ubranie, lecz dla mnie się to nie liczyło. Woń świeżej krwi doprowadzała mnie do szaleństwa. Z chwilą nie czułem już nic. Dom zatrząsnął się, kiedy ciało uderzyło z łoskotem o ziemię. W mojej ręce została tylko jego głowa, dosłownie oderwana od reszty ciała. Spojrzałem z gniewem w niebieskie oczy, które z chwili na chwilę straciły kolor. Bez wahania odrzuciłem ją pod ścianę, wzrokiem wracając do dziewczyny. Patrzyła na mnie z przerażeniem w oczach, wtedy już wiedziałem, że widzi we mnie nic innego jak tylko potwora, lub bestię. Nie śmiałem do niej podchodzić. Wzrok przeniosłem na udo, z którego wystawała rękojeść sztyletu, wtedy dotarło do mnie, jak cholernie bolało. Zamrugałem szybciej, przelatując oczami po pokoju. Gdy odnalazłem drugie z krzeseł, stojące pod ścianą, przycupnąłem na nim. W jednej chwili wyrwałem z nogi kawał źle opiłowanego metalu i odrzuciłem go pod ścianę. Odetchnąłem głębiej podczas tej czynności, po czym przymknąłem oczy, odchylając głowę do tyłu, tym samym opierając ją o ścianę za mną.

- Wybacz, nie chciałem Cię wystraszyć. – odparłem z cicha, nie otwierając oczu, aby przypadkiem bardziej nie przerazić dziewczyny.

Potter?

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz