16 sierpnia 2018

Od Tenebrisa do Galii

Blade promienie słońca wpadły przez okno do pokoju i wzięły na cel moją twarz. Przysłoniłem oczy dłonią, rozbudzając się do końca. Trzeba będzie skombinować zasłony. Żeby jednak je zdobyć, musiałem udać się w tropiki po trochę liści i lian... Dobra, tonę liści i lian. Przydadzą się do naprawy dachu, jeśli takowej bym potrzebował.
Podniosłem się ze swojego legowiska i zbliżyłem do okna. Oparłem się barkiem o drewnianą ścianę, wyglądając na zewnątrz. Krajobraz był równie piękny jak w horrorze. Biała mgła unosiła się nad ziemią, nieco zmniejszając widoczność. Czy wolałem zostać w domu, zamiast przechodzić przez pół wyspy, brodząc w błocie? Jeszcze jak. Ale chcieć to nie zawsze znaczy móc. Potrzebowałem materiałów do pracy. Już nawet nie chodziło o te durne zasłony. Deszcze stawały się częstsze, a ja nie mogłem mieć stuprocentowej pewności, że mój dach przetrwa je wszystkie. Poza tym wypadałoby zrobić małe zapasy. Przez zakładanie osad w pobliżu strumienia i zabawę we wspólnotę mieszkaniową było coraz mniej zgonów. A brak zgonów lub chociaż strachu równał się w moim przypadku z odczuwaniem głodu jak u normalnego człowieka.
Włożyłem na siebie swój strój do polowań i opuściłem dom. Przeszedłem do swojej jaskini. Była niewielka, ale moja. Odsunąłem głaz, zakrywający wejście i wśliznąłem się przez powstałą szczelinę do środka. Wyjąłem z torby bukłak własnej roboty i napełniłem go wodą, którą sam wlewałem do wgłębienia w podłożu. Następnie na nowo zakryłem je matą ze zszytych ze sobą liści.
Dodatkowo spakowałem do torby trochę suszonego mięsa oraz pleciony z giętkich łodyg duży worek. Liście raczej do toby by mi nie weszły.
Zabrałem ze sobą jeszcze nóż i oszczep. Przyda się do zachowania równowagi w trakcie przeprawy, jak i do polowania oraz dobierania się do wyżej osadzonych liści. Tak przygotowany mogłem wyruszyć na swoją przygodę życia. Po opuszczeniu zajmowanego przeze mnie terenu, zamknąłem bramę, znajdującą się w zrobionym z zaostrzonych pali ogrodzeniu, związując dwa gigantyczne kołki ze sobą za pomocą łańcucha, który zakosiłem gdzieś na plaży. Gdy byłem już pewny, że żaden inny samotnik nie wbije mi na chatę pod moją nieobecność, rozpocząłem swoją wyprawę. Zastanawiające pewnie jest to, dlaczego właśnie Śpiący Kanion, a nie Opuszczony Las. W końcu tamte tereny zajmuje mniej osób. Widocznie mają ku temu swoje powody. Moje są takie, że codziennie musiałbym coś naprawiać, a w czasie próbnej Apokalipsy na bank zostałbym bezdomny. Mieszkając w pobliżu jaskini, miałem dom ukryty pod gęstymi koronami drzew, który zamiast naprawiać, mogłem ulepszać. Mała jaskinia robiła mi za lodówkę i dom awaryjny, czyli taki, do którego bym się przeniósł w przypadku stracenia pierwszego. Mieszkałbym w niej do czasu odbudowy i ciągle miałbym dach nad głową. Same plusy. No chyba, że bierzemy pod uwagę upierd**liwe sąsiedztwo. Ciągle trzeba trzeba ich przeganiać. Są gorsi niż chmura komarów.
Chyba trochę odbiegłem od tematu... Wracając, kroczyłem dość szybko po mokrej trawie. Nie chciałem stać dłużej w jednym miejscu, gdyż wtedy zapadałem się we wszechobecnym błocie.

Mieszkałem w pobliżu gór, więc dotarcie do nich nie zajęło mi za dużo czasu. Przez tyle czasu zdążyłem już poznać te tereny. Znałem kilka skrótów między ogromnymi skałami, które oszczędzały mi nawet kilku dni drogi. Mimo tego i tak spędziłem w Górach Ungcy kilka godzin. Za nimi ujrzałem łąkę, a w oddali złote pola. Zbliżałem się do terenów osadników. Musiałem być ostrożny. Nie mogłem wzbudzać podejrzeń.
Na ułamek sekundy spuściłem wzrok na swoje ubłocone buty. Ciekawe, jak długo wytrzymają.

Kiedy już dotarłem do pól, wziąłem trochę ziaren, żeby założyć własny ogród, po czym wsypałem je do torby. Następnie rozejrzałem się w poszukiwaniu rolników. Dostrzegłem ich dopiero na samym końcu pola. Ładowali snopki na wóz. Domyśliłem się, że nie zajmie im to dłużej niż kilkanaście minut. Stałem się więc niewidzialny i podbiegłem do wozu. Następnie usiadłem na jego końcu, gdy był już załadowany.
I tak musiałem przejść przez wioskę rodzinki, w której każdy jest z innej matki, więc czemu by nie skorzystać z darmowej podwózki oferowanej przez osadników? Jak to mówią - bierz, póki dają.

Gdy dotarłem do wioski wraz z rolnikami, powoli zapadał zmierzch. Uniosłem wzrok na zmieniające barwy niebo. Wóz został przepuszczony przez strażników do środka. Kiedy nagle się zatrzymał, nadal niewidzialny, zeskoczyłem z niego i ruszyłem w kierunku prowadzącym do plaży. Nie zamierzałem przebywać na terenie osadników dłużej, niż to było konieczne. Tym czego potrzebowałem były duże liście i długie, mocne liany, a nie masa problemów.
Wtem zderzyłem się z kimś, kogo nie mogłem wcześniej dostrzec. Wyczułem jednak znajomą, podobną do mojej aurę. Kolejny żniwiarz?
Wylądowałem na ziemi, a przede mną jakaś dziewczyna. Oboje na nowo staliśmy się widzialni. Zmierzyłem nieznajomą wzrokiem. Średni wzrost, całkiem ładna, ciemne włosy z białymi pasemkami. Byłem pewien, że nigdy wcześniej jej nie widziałem. Jedyne, co mogłem zrobić, to udawać nowego osadnika.
Wstałem i podałem dziewczynie dłoń. Ta przyjęła pomoc, patrząc na mnie nieufnie.
- Coś za jeden? - warknęła.
- Tenebris. - odparłem ze sztucznym uśmiechem. 
- Jestem strażniczką wioski już bardzo długo i jakoś sobie ciebie nie przypominam. - spojrzenie nieznajomej stało się podejrzliwe. Była strażniczką. To już gorzej chyba być nie mogło. 
 
Galia? :)

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz