14 sierpnia 2018

Od Nilli do ktosia

Otworzyłam powoli oczy, jednak nic się nie zmieniło. Nadal pomieszczenie ogarniała wszechobecna ciemność. Byłam bardzo zmęczona, ale nie potrafiłam ponownie zasnąć, i tak to cud, że udało mi się, chociaż na chwilę zmrużyć oko. Patrzyłam w sufit i słuchałam cichego bębnienia deszczu u dach. W jednym miejscu strzecha trochę przeciekała i na moje nogi, przykryte pod kocem kapały maleńkie krople wody. Czułam się trochę jak z czasów dzieciństwa, kiedy dach przeciekał, a rodziców nie było stać na naprawienie go. Co noc przestawiałam łóżko w inne miejsce i co noc pojawiała się nowa dziura, z której kapało. W końcu stwierdziłam, że dalej tak być nie może i poszłam do pracy również na nocne zmiany, aż zarobiłam wystarczająco, żeby pokryć koszty naprawy.
Kiedy dotarłam do osady, dostałam oddzielny pokój, co było wręcz luksusem, ale liczyłam się z tym, że w późniejszym czasie dołączą tutaj także inne osoby. Mutantów na wyspie cały czas przybywało, co chwilę dało się zauważyć, jak latarnia rozbłyska jasnym blaskiem, informując o nowym przybyłym. Mimo to, do wioski docierało mało osób. Albo stawali się samotnikami, albo zostali przez nich zaatakowani, albo cały czas się błąkają po niebezpiecznych terenach wyspy. Niewielu docierało do osady. Albo byli za słabi, albo po prostu nie mieli szczęścia. Mnie ledwo, co udało się tutaj dotrzeć i cieszyłam się jak głupia, że wreszcie mam, chociaż jakieś poczucie bezpieczeństwa.
Pamiętałam bardzo dobrze, jak parę dni temu zaatakował mnie jeden z samotników. Pamiętałam jego ostry od zapachu krwi oddech, jego dzikie spojrzenie i rządzę krwi. Uratowałam się tylko i wyłącznie dzięki niekontrolowanemu zionięciu ogniem, którego się nie spodziewał, zresztą ja również byłam równie zaskoczona i przerażona jak on. Nawet teraz przechodzi mnie dreszcz na myśl o tym wspomnieniu.
W osadzie dostałam stanowisko szamana, gdyż nikt na razie nie pełnił tej funkcji, a brakowało ludzi do zbierania ziół leczniczych i produkcji leków. Cieszyłam się, że mam stanowisko, dzięki któremu mogę pomagać potrzebujących, czułam się dzięki temu potrzebna. Dostałam również od jednej z dyktatorek wielką księgę mającą na swojej okładce dziwny ogromny symbol. Miałam się z niej nauczyć magii i okultyzmu. Zanim porwali mnie do laboratoriów, nie wierzyłam, w coś takiego jak magia, czy duchy, nigdy też nie byłam religijna. Strona duchowa mnie nie dotyczyła. Często miałam różne przeczucia, które się sprawdzały, ale nie przywiązywałam do tego większej wagi. Mimo wszystko zostałam wybrana do tej funkcji, więc jak wzejdzie świt, będę musiała kontynuować czytanie. Nawet zaciekawiła mnie ta książka, jedynym jej minusem był stary, archaiczny język oraz odręczne pismo, trudne do rozczytania.
Nagle usłyszałam, jakiś krzyk na zewnątrz, a potem dźwięk trzaśniętych drzwi i ludzi zbiegających szybko po schodach. Nie wiedziałam, co się dzieje i spanikowana szybko wstałam z łóżka. Już miałam wybiec z pokoju, kiedy drzwi otworzyły się z piskiem na oścież. Osoba, której nie mogłam dostrzec, przez panującą ciemność krzyknęła:
- Dalej, zbieraj się szybciej! Jest atak samotników!
 
Ktoś?

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz