19 sierpnia 2018

Od Lucan’a CD Melody

To już trzeci dzień. Już trzeci dzień pod rząd nie miałem niczego w ustach. Z powodu wielkiej zawieruchy, która miała miejsce około tygodnia temu, osadnicy przestali zapuszczać się na te tereny. Zrobiło się mokro, grunt pod stopami był niepewny, a poprzewracane drzewa uniemożliwiały przejście przez najbardziej uczęszczane ścieżki. Zwierzęta również rozproszyły się w suche rejony, przez co las od kilku dni był niemal opustoszały. Poruszałem się bezszelestnie między konarami, próbując wywęszyć cokolwiek, co nadawałoby się do skonsumowania. Psia mać, w tym stanie zadowoliłbym się nawet szczurem, albo mewą. Właśnie, mewą. W mojej głowie zaświeciła się lampka, szybko schowałem do buta kościane ostrze i zwinnie zacząłem poruszać się w stronę plaży, wciąż nasłuchując i węsząc. Gdy tylko na myśl przychodził mi ohydny smak ptasiej krwi i mięsa, wzdrygałem się w duchu, i zastanawiałem, czy na pewno nie chcę jeszcze trochę poczekać. Czułem jakby w środku mojego gardła żarzyła się ogniem najprawdziwsza pochodnia zaś w podniebienie wbijało się tysiące pinezek, tak odczuwałem głód. Wiedziałem, że jeżeli nie uda mi się go poskromić, moje drugie ja samo za siebie zadecyduje, a wtedy znalezienie ofiary będzie najmniejszym problemem. Nie chciałem tego. Nie chciałem być drapieżnikiem przekładającym instynkt i głód ponad swoje człowieczeństwo. To nie byłem ja. Wyciszyłem się ponaglając swoje ruchy. Już niedługo znalazłem się na plaży. Chłodna, aczkolwiek przyjemna bryza rozwiała moje włosy. Czułem ją na swoich policzkach, rozkoszowałem się jej zapachem. Przymknąłem oczy i uśmiechnąłem się lekko, zapominając po co w ogóle tu przyszedłem. Nagle, ni stąd ni zowąd coś szarpnęło moim ciałem. Odchyliłem głowę do tyłu, czując w powietrzu coś oprócz oceanicznej woni. Krew, w dodatku pochodzenia ludzkiego. Na samą myśl oblizałem wargi. Przykucnąłem w zaroślach i czekałem, aż moje oczy odnajdą to, czego mój żołądek tak bardzo się domagał. W końcu pojawiła się. Ładna, zgrabna, o tak intensywnym zapachu, że nawet nie musiałem się wysilać, aby określić jej grupę. B Rh +, słodka  z odrobiną goryczy. Odchrząknąłem, czując narastające pieczenie w krtani. Zaczaiłem się. Wiedziałem, że dziewczyna planuje coś, chociażby po tym, że zbliżając się do brzegu kilka razy obejrzała się, chcąc się upewnić czy nikt jej nie obserwuje. Po chwili mogłem obejrzeć ją w całej krasie i nie powiem, miałem czym nacieszyć oczy. Dopiero gdy zniknęła w oceanicznej toni, uśmiech mi zrzedł i postanowiłem działać. Słońce było wysoko na niebie i drażniło mnie swoimi promieniami, więc najlepiej byłoby, gdybym jakimś sposobem zwabił ją w swoje sidła. Po tylu latach bez towarzystwa, zapomniałem czym mógłbym zainteresować kobietę. Wtedy na myśl przyszło mi jedno słowo -  błyskotki.  Wybiegłem z krzewów jak poparzony, nie wiedząc ile czasu mi pozostało, dopóki dziewczyna nie postanowi się wynurzyć. Zatrzymałem się przy brzegu, kilkanaście metrów od niej i zacząłem przegarniać dłońmi mokry piach. Wśród wyrzuconych przez fale wodorostach znalazłem to, czego szukałem, mianowicie były to bursztyny, wielkością dorównującą moim paznokciom. Jeden z nich miał nawet podobny kształt, jak kropla, dlatego postanowiłem go sobie zostawić. W jednej chwili pojawiłem się przy pozostawionych przez dziewczynę rzeczach. Rozrzuciłem błyszczące kamienie w odległości kilku metrów od siebie, kierując je oczywiście w stronę ciemnego lasu, po czym ponownie się tam ukryłem. Jakiś wewnętrzny głos podpowiadał mi, że tego dnia najem się do syta. Skrzyżowałem ramiona na piersi i czekałem, wgapiając się w sporych rozmiarów głaz, przytrzymujący jej rzeczy. Wyszła. Na mojej twarzy zawitał szyderczy uśmiech, gdy mój plan zaczął działać. Dziewczyna niczym sroka, zaciekawiona świecącymi w słońcu kamieniami, zaczęła zbliżać się w moim kierunku, a po chwili stało się coś, na co kompletnie nie byłem przygotowany. Podniosła głowę, wtem nasze spojrzenia się spotkały. W jej błyszczących, ogromnych oczach spostrzegłem niewyobrażalny strach. Przekonałem się o nim, kiedy blondyna zerwała się i zaczęła pędzić w przeciwnym kierunku, omal nie gubiąc swojego bagażu. Niech to, w tych ciemnościach jedyne co mogło mnie zdradzić to tylko oczy. Westchnąłem ze zrezygnowaniem, widząc jak oddala się coraz bardziej. Nie będę pędził za nią jak ten pies, ale jeżeli dobrze myślę i dziewczyna jest mieszkanką wioski, to bezproblemowo uda mi się ją przechytrzyć. Znałem tę okolicę jak własną kieszeń, co ułatwiało mi wyobrażenie sobie jej potencjalnej trasy. W mgnieniu oka zerwałem się i popędziłem w las, dotarło do mnie, że nie mogłem stracić okazji, pożywienia się na silnym, zdrowym organizmie. Organizm wiedząc, że niedługo dostanie swój upragniony pokarm, wyciskał z siebie ostatnie dawki energii, przez co nawet nie odczuwałem zmęczenia. Znów ją spostrzegłem. Stała nabierając gwałtownie powietrze, opierając się dłońmi o swoje kolana. Wąską smuga światła padająca na jej włosy, sprawiała, że lśniły one, jakby wykonane ze szlachetnego metalu. Jej stopy zanurzone były w strumieniu, który wydawał z siebie przyjemne dla ucha, kojące odgłosy. Zakradłem się do niej, a kiedy byłem wystarczająco blisko, złapałem ją za dłoń i cisnąłem jej ciało na kawałek trawy obok. Jęknęła cicho zdezorientowana. Nasze spojrzenia ponownie spotkały się, a z jej płuc wydobył się okrzyk strachu. Szybko dopadłem jej dłonie, przygwożdżając je za nadgarstki do twardego podłoża. Wierzgnęła nogami, jedną trafiając w bok zaś drugą w podbrzusze. Szybko ją jednak obezwładniłem używając siły swoich własnych nóg. Pomimo tego dziewczyna wiła się pod naporem mojego ciała, starając się uwolnić, jednakże na próżno. Odgłos jej dudniącego serca odbijał się po ścianach mojej czaszki. Już miałem zatopić zęby w jej aksamitnej, perfekcyjnej skórze, kiedy usłyszałem jęk rozpaczy.

- Nie rób mi krzywdy… - wydukała, zaciskając mocno powieki. Na jej policzkach dostrzegłem mokre smugi, ciągnące się aż do uwydatnionej szyi. Gryzłem się z własnymi myślami. Mocniej ścisnąłem jej nadgarstki, na co stłumiła cichy krzyk. Spomiędzy moich warg wyrwało się ciche warknięcie, takie samo jakie można usłyszeć u zwierząt, tuż przed zaatakowaniem swojej ofiary.

- Otwórz oczy. – zażądałem, podnosząc ton swojego głosu. Przestraszona dziewczyna jeszcze mocniej zacisnęła swoje powieki, z których wypłynęło kilka kolejnych ciepłych łez.

- No spójrz na mnie!- niemalże krzyknąłem. Jej ciało pode mną drgnęło i już wiedziałem, że mój przekaz dotarł. Za chwilę mogłem patrzeć w te przepiękne tęczówki dłużej, niż wcześniej było mi to dane. Milczałem, utrzymując kontakt wzrokowy. Z chwilą rozluźniłem uścisk na jej rękach i podniosłem się, po czym cofnąłem się kilka kroków.

- Nie dzisiaj. – pokręciłem głową stanowczo, obserwując jak dziewczyna powoli podnosi się do siadu. Poczerwieniałą dłonią przetarła mokrą twarz, nie spuszczając z oka mojej sylwetki. – Następnym razem nie odpuszczę. – dodałem i odwróciłem się plecami do jej osoby. Minąłem jedno drzewo, potem drugie, zaraz nie słyszałem już jej łomoczącego ze strachu serca. Dlaczego odpuściłem? Nie miałem pojęcia, ale pewna część mnie chciała ją jeszcze raz ujrzeć a raczej skosztować jej… Mieszkała w wiosce, co do tego nie miałem wątpliwości.


Przewracałem w dłoniach szpulę z białą nicią, poszukując jej początku. Księżyc wisiał już wysoko, a niemal cała wioska pogrążona była już we śnie.  Przechadzałem się po warsztacie krawca, poszukując tego co najbardziej było mi potrzebne. I wtedy to zobaczyłem. Na stole leżał worek, z którego wysypywały się kolorowe kamienie i muszle. Wiedziałem do kogo należały. Znów poczułem pieczenie w gardle. Mimo że udało mi się pożywić na wilku, to wciąż było dla mnie za mało, do tego ciągnęło mnie na wymioty. Usłyszałem dźwięk otwierających się drzwi oraz odgłos wstrzymywanego powietrza. Obróciłem spokojnie w tamtym kierunku, lustrując dziewczynę, która weszła do pomieszczenia. Z miną przedstawiającą obojętność podrzuciłem w jej stronę nić, którą jeszcze przed chwilą memłałem w dłoniach.

- Staraj się nie krzyczeć, nie chcę mieć kłopotów. Podczas szarpaniny z Tobą, byłaś na tyle nieostrożna i porwałaś mi koszulę, zechciałabyś może teraz ją naprawić? – spytałem grzecznie i płynnym ruchem ściągnąłem z pleców kawał białego materiału. Przewiesiłem koszulę przez oparcie krzesła w ten sposób, że nawet ślepy zauważyłby rozdarcie. Wsunąłem ręce w kieszenie i podszedłem w stronę okna, dając jej przestrzeń. Zacząłem przyglądać się wysoko wiszącemu miesiącowi, który teraz lśnił całą swoją krasą.

Melody, psujo c;?

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz