24 sierpnia 2018

Od Raven CD Ancymona

Życie w tym miejscu nie było tak kolorowe, jak wyobrażałam sobie przed snem. Sprawy miały się inaczej, gdy trafiłam na wyspę, niczym śmieć wywalony przez burtę statku. Niejednokrotnie miałam w zwyczaju wymyślać zemstę na ludziach, którzy tak krzywdzą niewinnych. Zadając ból na resztę marnego życia.
Gdy trafiłam w to miejsce, miesiące należały do najcieplejszych. Cień rzucane przez gałęzie drzewa, stawały się schronieniem przed słońcem. Wraz z nadejściem pierwszego ochłodzenia i rzęsistych deszczy, każda jego kropla zmywa sen z powiek. Przyroda uświadomiła, iż nie zawsze jest dobrym sprzymierzeńcem. Gorsza była świadomość radzenia sobie w warunkach, jakie zimna potrafiła zafundować.
Jednak obecna pora roku miała kilka plusów. Przechadzając się lasem, aż miło zawiesić na chwilę oko na piękno drzew. Gałęzie oblepione kolorowymi liśćmi urozmaiciły krajobraz, po wszechobecnej zieleni, która długo królowała na wyspie.
Minusem było ochłodzenie i deszcze przychodzące znienacka. Te przeważnie umiały zaskoczyć człowieka w najmniej oczekiwanym momencie. Ten moment nastał właśnie teraz, gdy byłam oddalona od miejsca zamieszkania, dość długi kawałek drogi. Grubsze odzienie wierzchnie, które przeważnie nosiłam w jesienne dni, od dłuższego czasu straciło swoje przeznaczenie. Przez materiał kaptura woda spokojnie przesiąkała, spływając po długich, hebanowych już dawno przemoczonych włosach. Z każdym krokiem czułam wodę, która chlupotała w butach.
Jedyna rzecz, z której tego dnia byłam zadowolona w pełni, to zebrane łupy. Były to najpotrzebniejsze do przeżycia drobiazgi, chodź niektóre zebrane, zostały w szemrany sposób. Do świętych osób nie należałam, a wrodzony spryt tylko ułatwił mi robotę. Uczucie adrenaliny krążącej w żyłach, był niczym narkotyk dla ciała. Najlepsze uczucie, jakiego w życiu można zaznać. Nie pomijając faktu, iż w każdej chwili mogę zostać nakryta przez osadników, nakręca mnie jeszcze bardziej.
- Arleight tylko się nie denerwuj… - westchnęłam pod nosem, po raz kolejny tego dnia. Błoto nie było sprzymierzeńcem, a jeżdżące podeszwy butów niczym po lodzie, jeszcze bardziej psuły sprawę. I moje zszargane nerwy.
Spojrzałam w niebo, z lekkim uśmiechem na twarzy. Słońce zdołało przedostać się przez chmury, zwiastując tymczasową zmianę pogody. Odsłaniając krzaki stojące mi na drodze, omotałam wzrokiem mały rynek. Zawiązując sznurówki typowych butów wojskowych, wkroczyła na teren osadników. Zachowując się w miarę naturalnie, zaczęła iść pomiędzy straganami. Przyświecał mi tylko jeden cel-kupić jedną rzecz i zniknąć stąd. Po zakupie jednej z ważniejszych rzeczy spojrzałam do wnętrza prymitywnej torby, która znajdowała się na plecach. Jednej sprawy nie przewidziałam, we wnętrzu panował tam istny chaos.
- Zawsze coś. - wyszeptałam przez zaciśnięte wargi, wyciągając dotychczasową zawartość. Szybka ewakuacja z tego terenu zakończyła się niepowodzeniem. Czy jeszcze coś zdoła się spieprzyć? Istnieje jedna, możliwa odpowiedź: tak.
Wszystko rozegrało się bardzo szybko. Pchnięta przez kogoś, w jednej chwili wylądowałam tyłkiem na ziemi, wśród porozrzucanych rzeczy. Kaptur opadł, ukazując w pełni moją twarz. Będzie źle, kiedy jakaś osoba mnie rozpozna. Kradłam. Dość często. Przez co wśród osadników, miałam sporo wrogów.
Mrugając oczami, rozglądałam się dookoła, usiłując zrozumieć sytuację. Uwagę skupiłam na facecie, który mrucząc coś pod nosem, zbierał dotychczasową zawartość mojej torby, której stan nie wyglądał dobrze. Upadając razem ze mną, musiała zahaczyć o coś ostrego. Od razu przypomniałam sobie o kołczanie, który od dawna prosił się o porządne łatanie.
- Czy w moim życiu, wszystko musi się spieprzyć!? - warknęłam, wstając z ziemi. Sięgnęłam do pasa po nóż, gromiąc wzrokiem obcego osobnika. Uwadze nie umknęło mi, iż garstka ludzi obserwowała zdarzenie. - Matka nie nauczył Cię normalnie chodzić?!

Ancymon?

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz