26 sierpnia 2018

Od Różanookiej CD Jules'a

– Wiesz co, przestań mnie denerwować i chodź na to żarcie, zanim się rozmyślę, a ty umrzesz z głodu, albo cię rozszarpie ktoś mniej przyjemny, niż ja. Albo wiesz co? Jeszcze lepiej, zaprowadzę cię do Galii, ona będzie wiedziała, co z tobą zrobić, bo ja nie umiem się chyba obchodzić z kobietami – odszedł w mrok.
Mało co już widziałam na oczy, ale jakoś udawało mi się iść za nim w bezpiecznej odległości. Sam chłopak zdawał się nie zauważać, że jest ciemno jak w d...
Co on ma noktowizor w oczach?
Gdy po raz setny przeklinałam wystający korzeń, nagle ukazało się światło...co do...? Przed chwilą nic nie było widać. Kierowana instynktem przyspieszyłam, wpadając na coś wysokiego i twardego, jednak nie mogło to być drzewo, bo drzewa się nie ruszają i nie wydają pomruków.
Mężczyzna złapał mnie za łokcie, mimo egipskich ciemności widziałam czerwony błysk w jego oczach. Czułam się jak sparaliżowana.
- Uważaj - syknął
- Pan wybaczy - powiedziałam, patrząc mu prosto w oczy.
Nie będzie mnie jakiś dupek zastraszał. Ruszyliśmy w stronę światła, po paru chwilach okazało się to być wioską. Przypominała średniowieczne wioski, te budownictwo...jeśli zbudowali to własnymi rękoma, to jestem pod wrażeniem.
Stanęliśmy przed wielką bramą, chłopak zapukał parę razy i w okienku ukazała się głowa.
- Kto idzie?
- Jules. Mam nową.
Ah, więc tak ma na imię.
Strażnik zrobił szczelinę, byśmy mogli się przecisnąć. Weszliśmy do środka, jednocześnie poczułam się bezpiecznie i...nieswojo. Z jednej strony nie jestem już w tej dżungli, ale z drugiej...właściwie gdzie ja jestem? Pochodnie osadzone na pięknie zrobionych uchwytach, do złudzenia przypominające latarnie, oświetlały nam drogę. Gdy już zaczynały mnie boleć nogi, akurat stanęliśmy...przed czymś w rodzaju małego zamku. Jeszcze zdążyłam potknąć się o wystający kamień, zanim Jules otworzył drzwi i przesunął się, czekając, aż wejdę do środka. Wnętrze patrzyło na mnie złowrogo, prowokując mnie do ataku paniki, ale w końcu wzięłam się w garść i zrobiłam krok naprzód. No, teraz przekonam się, co do za jedni i czy będę dalej żyć. Przy wejściu dwóch strażników chciało mnie przeszukać, czy nie mam przy sobie żadnej broni lub zapewne innych niebezpiecznych przedmiotów. Wciąż kurczowo ściskałam w rękach kij, gdy tylko jeden z mężczyzn zrobił krok w moja stronę, przycisnęłam go do piersi, wyciągając ostrzejszy koniec do niego.
Usłyszałam parsknięcie śmiechu za sobą, nie musiałam się oglądać, żeby wiedzieć, że to ten Jules.
- To chyba jednak wykapany samotnik, patrz jaka zadziorna.
Słysząc te słowa, opuściłam kij. Samotnik...to słowo nie brzmiało zbyt dobrze. Ostatnie, czego pragnęłam, to znowu być sama...

Jules?

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz