20 sierpnia 2018

Od Galii CD Lucio

Denerwowały mnie jego odzywki, jego sposób bycia, on sam, ale jednak, mimo to, coś mnie do tego wszystkiego w nim przyciągało. Byłam pewna, że nie przyznałabym się do tego przed samą sobą, nawet gdyby mnie torturowali, wrzucili żywcem do ognia, a potem poćwiartowali, to ja dalej bym się upierała, że był beznadziejnym, zapchlonym psem, choć już dawno przestał nim być, a przynajmniej w moich oczach. Musiałam przyznać także, że nieźle go urządziłam, nie miałam wyrzutów sumienia, głównie dlatego, że chciał skrzywdzić Doriana. I to dwa razy, plus do tego dochodziła wymiana na wpół żywym towarem (Julesem).
Jego także bym za nic nie oddała, ale przynajmniej mogłabym to rozważyć. Od kiedy pożywiłam się nim, automatycznie poczułam się także gorzej - nie wiem dlaczego, może był jakiś chory? Zwykle, gdy to robiłam, nie czułam żadnej różnicy oprócz wrażenia sytości, to było zupełnie coś innego, niż jedzenie prawdziwego, przyrządzonego i doprawionego jedzenia. Nie wiedziałam dlaczego kręci mi się w głowie i jest mi niedobrze, to było dla mnie zupełnie coś nowego, ale uporczywie starałam się tego nie okazywać - również tego, że mało brakowało, a obrzygałabym wilkołaka i wszystko w promieniu kilku kilometrów, a ja z reguły nie lubiłam rzygać dalej niż widziałam.
Kiedy otworzyła mu się rana, zgłupiałam. Jeśli jej szycie skończy się tak, jak zakładanie opatrunku Dorianowi, pies będzie martwy. Moje zerowe umiejętności medyczne błagały o pomstę do nieba i po cichu myślałam, czy nie wziąć kilku rad od Morrigana, na szczęście zaraz wyleciało mi to z głowy - nie będę nikogo i o nic prosić, poradzę sobie sama.

– Nie ekscytuj się tak, tylko rób swoje – odparł, wyprowadzając mnie z letargu.

Nie odpowiedziałam nic, zaczęłam jedynie od polania rany jak największą ilością płynu dezynfekującego, co by przez przypadek nie okazało się potem, że go to nie bolało. Wzięłam jakąś igłę, jedyną jaką miałam do szycia skóry, ale gdybym takiej nie miała, też bym sobie poradziła, tylko jego by to bardziej bolało. Nieporadnie złapałam płat skóry, chcąc go naciągnąć na tyle, na ile się dało, mimo że nie wiedziałam, czy dobrze robię. W końcu złapałam także za drugi, a rana delikatnie się złączyła, co mnie niezwykle usatysfakcjonowało.

– Pierwszy raz to robisz, że tak się cieszysz? – usłyszałam głos przepełniony drwiną, który zresztą należał do nikogo innego, jak do faceta, którego imienia nie znałam.

– Jak masz na imię? – spytałam, udając, że nie słyszałam wcześniejszej odzywki.

– Lucio – wymamrotał, chyba nieszczęśliwy, że nie udało mu się wyprowadzić mnie z równowagi, ale to akurat było trudne, więc nigdy mu nie dam powodu do szczęścia "no, chyba że urodziłabym mu dzieci, każdy na wyspie by chciał, abym urodziła mu dzieci" - pomyślałam.

– Ja jestem Galia – odpowiedziałam grzecznościowo, bo wypadało, a nie bo chciałam. Tak naprawdę, mówienie mu mojego imienia było ostatnim, czego chciałam. Dobrze, że nie znał prawdziwego, bo zostałoby mi się pochlastać. W między czasie trwania naszej rozmowy wzięłam kolejny kawałek skóry, nieporadnie zszywając go z drugim. Usłyszałam stłumiony jęk, więc chyba go trochę bolało. I dobrze, ma za swoje.

– Powiedziałbym, że piękne imię dla pięknej dziewczyny, ale nie zwykłem kłamać – zadrwił kolejny raz i mimo, że mnie to nie dotknęło, ścisnęłam mocniej skórę wokół rany wiedząc, że jest obolała i wrażliwa i miałam rację - zabolało go to, a uśmiech satysfakcji wpłynął mi na twarz. Kończyłam już zszywanie (właściwie, to mogłam powiedzieć, że kończyłam zadawanie mu bólu i wyszłoby na jedno), a szkoda.

Założyłam ostatni, mało profesjonalny szew, który jednak jakośtam się trzymał, po czym zakończyłam szycie supełkiem - nie wiedziałam, czy to dobrze, czy źle, ale całokształt wyglądał obiecująco, więc już zostawiłam to tak, jak było. Na koniec przemyłam jeszcze ciało w okolicy rany z krwi i wstałam. Chyba zrobiłam to za szybko albo to właśnie były skutki uboczne mojego pożywiania się, ale momentalnie zrobiło mi się czarno przed oczami i poleciałam do przodu, wprost na Lucia. Niekontrolowanie chciałam się czegoś złapać, jak to zawsze bywa, kiedy lecisz do przodu - moja ręka wylądowała na klatce piersiowej wilkołaka, a druga, właściwie nie wiem gdzie, bo zaginęła gdzieś w akcji. Oddychając ciężko, otworzyłam oczy, a moja twarz była niedaleko twarzy tego kundla. Zmieszana, zamierzałam się odsunąć.

Lucio?

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz