13 sierpnia 2018

Od Galii do Morrigana

Z pewnością dowodzenie osadą nie należało do najprostszych zadań, a na ten miesiąc, przypadło ono właśnie mi. Jak ostatnimi czasy żadnych zamieszek czy kłótni nie było, tak ludzie chyba sobie pomyśleli, że jest zbyt nudno i pora wywołać skandal, zupełnie tak, jakby chcieli zrobić mi na przekór. Wszystko było na mojej głowie oraz Avalon, z którą kontaktu niestety nie miałam. Zostały zaostrzone zasady, między innymi konieczne było wylegitymowanie każdego napotkanego albo takiego, który korzysta z jakichkolwiek usług. Zaczynając od usług rzemieślniczych, kończąc na paniach lekkich obyczajów. Była to jedynie czynność zabezpieczająca i miała na celu sprawienie, że nie będzie takich problemów z awanturującymi się pół - ludźmi. Co do tego, niektórzy gorzej przechodzili rozwój nowych, wszczepionych przez naukowców genotypów i najprościej w świecie, nie kontrolowali swoich wcieleń, emocji, głodu i wszystkiego innego ich dotyczącego, tym samym dając mi więcej roboty.

Dzisiaj także miałam co robić, od świtu do nocy spisywałam legitymacje wszystkich osadników, starannie oddzielając stanowiska, jakie zajmują, etapy, na których są i modyfikacje, które im wszczepiono. Gdyby ktoś mnie obudził w środku nocy i spytał o któregoś z osadników, mogłabym mu od deski do deski opowiedzieć o nim tyle, co wiem. Oczywiście, nie znałam ich charakterów, historii, rodziny, ale oprócz tego, raczej wszystko wiedziałam. Kolejnym podpunktem był wygląd - na rynku, w środku miasta zostały porozwieszane rysopisy osób, które nie wiadomo jakim cudem się dostały do serca osady i wszczęły ten drobny bunt. Krótko mówiąc, były to rysopisy poszukiwanych, aby wkrótce zostali oni wydaleni w stronę Gór Ungcy albo wtrąceni do więzienia - w zależności od tego, czym zawinili.

Teraz nie było inaczej. Siedziałam w cieniu drzew (pomijając, że tu wszędzie jest cień), segregując papiery, kiedy usłyszałam szelest liści i odgłos ciężko stawianych kroków. Nie lubiłam tu ludzi, dlatego roztaczałam dookoła tak mroczną aurę, jak tylko się dało, ale jak widać - dalej się schodzili, jak robaki. A robaki najczęściej zabijałam - w takich momentach żałowałam, że relacje osadnik - osadnik powinny być dobre. Jakim byłabym dyktatorem, zabijając innych sprzymierzeńców? Pewnie w ich oczach zła, ale nieszczególnie by mnie to obeszło.

– Potrzebuję wyjść poza granicę – usłyszałam głęboki, niski głos po mojej prawej, więc niechętnie oderwałam się od pracy, mierząc go krytycznym wzrokiem.

– A ja bym chciała dostać nową kolekcję broni i frytki do tego. To nie koncert życzeń, więc możesz już sobie iść – powiedziałam leniwie, wkładając kartki w koszulki i dopinając do segregatora. Przeszkadzał mi.

– Chyba mnie nie zrozumiałaś. Chcę wyjść – przybliżył się niebezpiecznie, ale nie przestraszył mnie tym, jeśli taki miał zamiar.

– Nie, to ty nie zrozumiałeś. Jestem dyktatorką, a ty jesteś na moim terenie – zwiększyłam napór roztaczającej się aury, co go chyba nie ucieszyło, bo zmarszczył brwi, ale nie wiedziałam, czy mu to przeszkadza, czy co. – przemieszczanie się przez granicę jest kategorycznie zabronione, a ja mogę i muszę bronić swojego terenu, dlatego też pożałujesz, jeśli grzecznie stąd teraz nie odejdziesz. No, chyba że masz zamiar spędzić kilkanaście nocy w lochu, pięć metrów po ziemią. Albo piętnaście, w trumnie – powiedziałam, przyjmując pozycję do ataku.

Morrigan?

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz