26 sierpnia 2018

Od Lucan'a CD Fafnira

Przyglądałem się bacznie kropli wody, mozolnie spływającej w dół okna. Pięćset siedemdziesiąta czwarta, była ona pięćset siedemdziesiątą kroplą, którą zdążyłem dziś zaobserwować, siedząc z nosem przy szybie, od ładnych kliku godzin. Wiatr wciskał się we wszystkie zakamarki chaty, sprawiając iż pogwizdywała z cicha, szczególnie od frontu. Westchnąłem cicho, słysząc siódme już z kolei burknięcie żołądka. Moje ciało domagało się jedzenia, a ja nie chciałem mu go dostarczać. Nie potrafiłem zrozumieć własnego organizmu, choć przymieranie głodem stało się dla mnie rzeczą codzienną, wciąż nie potrafiłem do tego przywyknąć. Nie mogłem przyzwyczaić się również do tego, że zwykłe, ludzkie jedzenie, nie syciło mnie tak jak kiedyś, nie dawało tyle sił. Odchrząknąłem, czując w gardle nieprzyjemne pieczenie. Nie dam rady, dłużej tego nie zniosę. Cały płonąłem w środku. W jednej chwili znalazłem się za drzwiami chaty po czym w te pędy pognałem w stronę lasu. Uskakiwałem nad każdym korzeniem oraz leżącą na ziemi kłodą, nad każdym kamieniem lub dołem. Przystanąłem, łapiąc kilka głębszych oddechów, po czym obejrzałem się dookoła. Starałem się wychwycić jakikolwiek dźwięk, wyczuć jakikolwiek zapach, było mi wszystko jedno, kto dziś stanie się moją ofiarą. Przykucnąłem raptownie, dostrzegając jak liście pobliskiego krzewu zaczynają się nienaturalnie szybko poruszać. Zaraz spomiędzy ów liści wysunął się łeb, a po chwili również ciało młodej łani. Zupełnie nieświadoma niebezpieczeństwa, zaczęła przechodzić wolno tuż przed moim nosem. Stąpała z gracją i wysoko uniesioną głową. Przez chwilę miałem wrażenie, że dławię się jej zapachem. Nie mogłem odpuścić, nie w tym stanie. Zacisnąłem szczęki i rzuciłem się do ataku, zwierzę nie miało nawet czasu na reakcję. Gdy tylko udało mi się ją powalić, gołymi rękami rozerwałem jej brzuch, by po chwili zanurzyć dłonie w jej ciepłych wnętrznościach. Wierzgnęła na to tylnymi kopytami i zaczęła wydawać z siebie odgłosy rozpaczy, w których cierpienie było aż czuć. Dobrze wiedziałem, czego szukam, lecz nie dane było mi dotrzeć do celu. Usłyszałem szelest za sobą, na co poderwałem się gwałtownie, po czym z nadludzką szybkością i zwinnością wdrapałem się na pobliskie drzewo. Ukryty  wśród korony gęstych liści, widziałem obszar wokół zwierzęcia jak na wyciągnięcie dłoni. Po chwili zjawił się chuchro, do tego jakiś taki blady, na pewno słaby, legł obok konającego zwierzęcia, tuląc się do jego szorstkiej sierści. Obserwowałem z góry sytuację, czekając na odpowiedni moment aby zaatakować. Ciężko było mi powstrzymać rządzę, pachniał tak smacznie, do tego miał tak delikatną skórę, której pragnąłem spróbować, dotknąć i jeszcze te serce, bijące mocno i równomiernie. Zeżrę go, rozpłatam mu gardło, oddzielę głowę od reszty ciała, a później pożrę jego serce – pomyślałem, oblizując usta z zachłanności. Zeskoczyłem szybko z drzewa i począłem skradać się za mężczyzną. Kompletnie oszołomiony jego zapachem, nie zwracałem nawet uwagi na to, czy zdradzam swoją pozycję, lub czy ktoś nas nie obserwuje. Obejrzał się przez ramię, lustrując wzrokiem mą nagą klatkę piersiową, dopiero po chwili podniósł wzrok a nasze spojrzenia spotkały się. Albinos, rzadki osobnik, dlatego pachniał tak smakowicie. Na mój widok, obcy mocniej objął zwierzę, jakby bojąc się, w sumie słusznie, że mógłbym go z nią rozdzielić. Otumaniony mieszanką posoki, której intensywny zapach unosił się w powietrzu postanowiłem działać. Musiałem znów odchrząknąć czując narastające palenie w gardle. Mocno naciskając szyję łani, płynnym ruchem odepchnąłem chłopaka do tyłu, on jednak zamiast puścić głowę zwierzęcia, nieustannie trzymał ją w ramionach. Dopiero po chwili zorientował się, że w ramionach obejmuje oddzielony od reszty ciała łeb. Krzyknął odrzucając głowę w krzaki, a jego przerażone spojrzenie wylądowało na mojej twarzy. Momentalnie znalazłem się obok i łapiąc go za ubrudzoną koszulę, podniosłem na równe nogi, by po chwili nie trwającej nawet sekundy zatopić kły w jego delikatnej, bladej skórze szyi. Trafiłem perfekcyjnie, tuż obok tętnicy. Przyparłem chłopaka do drzewa, jedną dłoń mocno przyciskając do jego ust. Czułem jak jego palce zaciskają się na moich nagich plecach, jak jego krzyk nadaremnie stara się uciec z jego krtani, jak próbuje mnie z siebie ściągnąć, używając do tego całej swojej siły. Minęła minuta, potem druga. Mięśnie mężczyzny rozluźniły się, co wyraźnie czułem pod naporem własnego ciała, a jego nogi, zaczynały poddawać się pod jego ciężarem. Musiałem przytrzymać go własnymi rękami, i choć wiedziałem, że jeżeli zaraz nie przestanę, to go zabiję, nie mogłem się powstrzymać. Wciąż wpijał w moje plecy swoje paznokcie, co tylko bardziej mnie podniecało, chciałem czegoś więcej niż tylko go skosztować, chciałem go posiąść. Z chwilą wyrwałem zęby z jego gardła, mocno nadrywając przy tym podrażnioną już skórę. Z rozkoszą zlizałem ostatnie strugi krwi, które wypłynęły z rany, po czym zacząłem muskać ją wargami, wiedząc, że uśmierzy to ból. Z ust chłopaka wydobył się cichy jęk bólu, gdy mocniej docisnąłem wargi do podrażnionego miejsca. Jego palce powoli rozluźniały swój ścisk, by w efekcie gładko spocząć na moich łopatkach, kiedy to ja czyniłem to co do mnie należało. Nie zwykłem zostawiać swoich ofiar żywych, ale jeżeli taki wypadek zdarzył się raz na jakiś czas, zawsze wynagradzałem wyrządzoną przez siebie krzywdę. Mocno ściskając jego biodra, poczułem jak po jego ciele przeszedł dreszcz, a po chwili na jego skórze pojawiła się również gęsia skórka, co było bardzo dobrym znakiem. Pocałowałem ranę ostatni raz, po czym powoli puściłem chłopaka. Jego ręce powoli opadły, a on sam zsunął się na ziemię po korze drzewa. Teraz jedyne czego potrzebował to sen. Spoglądnąłem jeszcze raz na ślad zębów, który pozostał po moim wyczynie, po czym nasunąłem mu kapelusz na oczy. Moja robota tu się kończyła, jeżeli trafiłby na gorszego nie miałby tyle szczęścia. Wciąż przepełniony ekstazą zacząłem wycofywać się głębiej w las, walcząc sam ze sobą, czy aby nie zawrócić i nie przywłaszczyć sobie jego serca.

Tego dnia nie spotkaliśmy się ponownie, lecz gdy tylko nastała noc, jego pozbawione pigmentu oczy wychwyciły moje żółte źrenice. Staliśmy po dwóch stronach rzeki. W jego oczach widziałem strach.

- Mogłeś mnie zabić…- zaczął półgłosem, cofając się o jeden drobny krok.

- Mogłem, to prawda. Ale jakimś cudem wciąż jesteś tu i z tego co zauważyłem, trzymasz się wyśmienicie. – odparłem, przybierając obojętność.

Fafnir?

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz