10 sierpnia 2018

Od Lucia CD Galii

     Poranki w opuszczonym lesie bywają okropnie frustrujące. Nie przyzwyczaiłem się jeszcze do życia w dziczy i wszelkie świergoczące ptaki i cykające insekty przyprawiają o prawdziwy zawrót głowy. Przewracając się na porwanym materacu usiłowałem odciąć się od tych hałasów zaciskając dłonie na uszach, ale nie przynosiło to zadowalających skutków. Myślałem, że zaraz oszaleję. Zerwałem się z materaca ruszając w stronę drewnianych drzwi. Pchnąłem je z całej siły, słysząc tylko jak z hukiem uderzają o ścianę z zewnętrznej strony i wybiegłem z drewnianej chaty, zatrzymując się niedaleko. Upewniłem się tylko, że wszystkie te okropne szkodniki mnie usłyszą i biorąc głęboki wdech, wydarłem się najgłośniej jak mogłem. Sekundę potem wyłem już groźnie ukazując przy tym rzędy ostrych, wilczych zębisk. Ryk odbijał się echem od każdego pobliskiego drzewa i wracał do mnie jeszcze bardziej dodając mi siły. Gdy poczułem ostre pieczenie w płucach i w gardle, a w piersi zabrakło mi tchu, opadłem na cztery łapy powolnie dysząc. Uniosłem łeb w górę, aby przyjrzeć się ptakom, nietoperzom i innym pasożytom, które w popłochu opuszczały wszystkie drzewa i kierowały się w niewiadomą zapewne nawet im stronę. Parsknąłem zadowolony ze swojej roboty i spuściłem łeb zwracając szczególną uwagę na moje łapy. Były wielkie, czarne i potężne, a z nich wyrastały równie groźnie wyglądające, ostre pazury. Jaka szkoda, że nie mogę widzieć tego wiecznie, a moje ciało nie może być tak świetnie wyposażone. Za kilka zapewne krótkich chwil ponownie przemienię się w tego żałosnego człowieka, który może postraszyć innych jedynie głupimi kłami wystającymi z gęby. Usiadłem na ogonie nie przejmując się, że mój ciężar za bardzo na niego naciskał. W końcu poczułem w środku dziwne uczucie i nie odrywając wzroku od łap, obserwowałem jak czarna sierść się rozpływa, palce się wydłużają, a paznokcie stają się strasznie krótkie i brudne. Nie naciskałem już tyłkiem na ogon, który również wrósł z powrotem i upewniając się, że przemiana dobiegła końca, przejechałem językiem po zębach. Gdy wyczułem tylko dwa ostre kły charknąłem i splunąłem w ziemię, podnosząc się na równe nogi. Wyprostowałem się, gdyż musiałem rozprostować kości, które podczas przemiany nieco się poprzestawiały i pokurczyły. Każda taka chwilowa zmiana kosztowała mnie sporo cierpienia, ale przy zaciśniętych zębach nie boli aż tak bardzo i jest do wytrzymania. Gdy usłyszałem już strzyknięcie każdej możliwej kości otrzepałem ręce z piachu i udałem się do swojej chaty. Otworzyłem stary kufer wygrzebując z niego jakieś przyzwoite ubrania i szybko się w nie przyodziałem. Mam nadzieję, że nie będę zmuszony ponownie się przemieniać, bo porozrywać taki ładny materiał aż szkoda. Za gruby, skórzany pas w spodniach wsunąłem dwa sztylety oraz nóż do mięsa, którym postaram się coś upolować i wyszedłem z chaty już na dobre. Rozejrzałem się jeszcze dookoła upewniając się, że nieproszeni goście nie wrócili. Po takim teatrzyku, jaki odwaliłem na pewno nie wrócą prędko. Tym lepiej dla mnie. Zanim ruszyłem w głąb lasu, związałem czarne włosy cienką gumką w niski kucyk aby kosmyki nie opadały mi na oczy, ale i tak kilka z nich musiało wyplątać się z gumki. Wyciągnąłem z pasa ostre sztylety i przecinając co chwila jakieś gałęzie, liany i krzaki, przedostawałem się coraz to dalej i dalej. Ominąłem kilka królików i jaszczurek, których mięso wcale mnie nie zadowalało, wolałem znaleźć sobie coś większego i pożywniejszego. Bez względu na moją wilczą naturę, węch jeszcze miałem do dupy i nie wyczuwałem żadnego dobrego mięsa w pobliżu. Jedyne, co pozwoliło mi wyczuć moją ofiarę, to stukot jej kopyt gdzieś niedaleko. Mocniej zacisnąłem dłonie na rękojeści sztyletów i ruszyłem pędem w stronę zwierzęcia. Przy okazji musiałem czaić się za drzewami, aby nie go nie spłoszyć. W końcu zza liści udało mi się dostrzec dużego ogiera, który niestety miał jeźdźca. Dwie pieczenie na jednym ogniu, tym lepiej dla mnie. Przyspieszyłem po chwili biegnąc już na czterech łapach. Nie wiem, czy to dlatego, że było mi tak wygodniej, czy temu, iż chęć mordu tak mną zawładnęła, że zaczęła się przemiana. Warknąłem sam do siebie, gdyż wcale nie miałem tego w planach, ale dwoma nożykami nie zabiję takiej bestii. Szybko zrzuciłem z siebie bluzkę i skórzane buty, aby chociaż ich nie rozerwać i pozwoliłem swojemu ciału się zmienić. W ruchu cała przemiana była jeszcze bardziej bolesna, ale czułem jeszcze więcej siły, więc przyspieszyłem. Spodnie jakimś cudem jeszcze się na mnie utrzymywały, ale pas z bronią zniknął gdzieś w tyle. Gdy byłem już wystarczająco blisko ofiary, wyskoczyłem zza krzaków i przywarłem pazurami do jej zadu. Koń zawył i biegł dalej, choć trochę zwolnił, za to napastnik w siodle wykonał cios. Sztylet zaszył się głęboko pod moimi żebrami, przez co spadłem z konia, zresztą podobnie jak jeździec. Przeczołgałem się nieco w tył po drodze przybierając postać tego żałosnego faceta. Przyłożyłem ręce do brzucha i mocno ścisnąłem chcąc jakoś zatamować krew lub chociaż uśmierzyć ból. Obraz zasłaniały mi kruczoczarne włosy, których część jakimś cudem jeszcze trzymała się w kucyku. Uniosłem wzrok na długowłosą i groźnie wyszczerzyłem kły, które jeszcze bolały mnie od przemiany. Dziewczyna lekko zakłopotana patrzyła to na mnie, to na swojego ogiera, ale w końcu podeszła do swojego towarzysza. O dziwo nie została przy nim długo, gdyż tylko wzięła kilka przyrządów i zbliżyła się do mnie. Uklęknęła niedaleko mnie upuszczając na trawę wodę i szmatę. Gdy była blisko mnie czułem się dziwnie, nie chodzi tutaj o jakieś uczucie, ale o lęk, którego nigdy nie doświadczam. Poczułem się zakłopotany i jakby zamknięty w klatce, ale zacząłem się domyślać, że to sprawka jej drugiego wcielenia. Mimo to po moim ciele zaczął spływać zimny pot, a rana zapiekła jeszcze bardziej więc wycofałem się chcąc wydostać się spoza tej dziwnej aury.
- Co z ciebie za wojownik, najpierw ranisz, a potem ratujesz? - odparłem zachrypniętym głosem dając jej do zrozumienia, że ze mną i tak nie wygra.
- To było w obronie własnej - odparła obojętnie, a kolejna nieprzyjemna fala bólu ogarnęła moje ciało, przez co cofnąłem się jeszcze bardziej.
- Kim ty do cholery jesteś? - warknąłem wypluwając z buzi krew, której zdążyło mi się tam zebrać już sporo uniemożliwiając mówienie albo chociaż oddychanie - oprócz tego, że osadniczką bez powodzenia. Musisz być naprawdę głupia, żeby tu się zapuszczać, ale czego mogę się spodziewać.
-  Może i jestem głupia, ale na pewno nie jestem łatwym przeciwnikiem, jak widzisz. To ty się wykrwawiasz, nie ja - zauważyła i obdarzając mnie ostatnim pogardliwym spojrzeniem, wstała i podeszła do konia.
Na pewno nie będzie tak, że jakaś drobna, głupia osadniczka będzie mi tu podważać mój autorytet. Wyjąłem sztylet z brzucha od razu czując jak upływa ze mnie jeszcze więcej krwi, ale znalazłem nieco siły, aby ustać na własnych nogach. Ciężkim krokiem podszedłem do dziewczyny, która była znacznie bardziej spłoszona, niż wtedy kiedy to ona nade mną stała. Teraz patrzyłem na nią z góry z jej ostrym sztyletem w ręku i tylko zacisnąłem zęby powstrzymując się, aby jej nie zabić. Ująłem w rękę jeden koniec jej peleryny i zamachując się ostrzem, odciąłem spory kawał materiału. Sztylet wbiłem w ziemię tuż obok jej stopy, a skórzanym paskiem materiału przewiązałem sobie pas tworząc dobrą opaskę uciskową. Wróciłem po butelkę wody, z której upiłem dwa duże hausty opróżniając ją do dna i ją również podrzuciłem dziewczynie pod nogi. Woda wypłukała wszelką krew w moich ust i złagodziła ostre pieczenie w gardle. Na koniec ukłoniłem się zdezorientowanej dziewczynie i głośno warcząc wycofałem się. Bardzo mnie śmieszą takie odważniaki, a zastanawiam się jak może smakować ich mięso. Dlaczego nie zabiłem jej, kiedy miałem taką okazję? Sztylet okazał się całkiem niezłą bronią, a w brzuchu nadal mi burczy. Co ze mnie za egoista, żeby nie skorzystać z darmowego posiłku. Dlaczegoż oszczędziłem tak naiwną duszyczkę? Parsknąłem udając się w drogę powrotną do chaty, szukając przy tym swoich ubrań porzuconych gdzieś w lesie.
 
Galia?

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz